Saturday, May 4, 2013

Rozdział 8


________________________________________________________
Conner
________________________________________________________

- A więc... Masz jakieś pytania? - tymi słowami zakończyłem swoją opowieść. Siedziałem razem z Lise na  twardym łóżku. Próbowałem powstrzymać moje ciało przed drżeniem, bardziej ze zdenerwowania, niż z zimna. Nie mogła wyczuć mojego strachu, nie w takiej chwili.

- W sumie to mam jedno... - powiedziała ze spuszczonym wzrokiem, a ja spojrzałem na nią pytająco - Miałeś w ogóle jakieś wykształcenie zanim przydzielili ci posadę nauczyciela języka polskiego?

Jej poważna mina po chwili zmieniła się w  rozbawioną. Wybuchnęła śmiechem, kładąc się na kołdrze i łapiąc za brzuch.

- Co cię tak bawi? - spytałem zirytowanym tonem.

- No proszę cię... Anioły, demony, wróżki, skrzaty? Serio?

Zakląłem pod nosem, lecz ona chyba tego nie usłyszała. Założyłem ręce na szyję, lekko rozmasowując kark.

- Posłuchaj. Albo lepiej... - zmieniłem zdanie - Popatrz.

______________________________________________________
Lise
______________________________________________________

Conner zaczął ściągać przemoczoną koszulkę. W sumie to mi nie przeszkadzało, więc uśmiechnęłam się promiennie. On chyba trktował to całkiem poważnie, przez co jeszcze bardziej chciało mi się śmiać. Po jego umięśnionych plecach spływały krople deszczu. A może raczej potu? Kiedy położył koszulkę na podłodze, wyprostował się i obrócił powoli.

Wzdłóż jego pleców rozciągały się dwie podłużne blizny, z których wyrastały czarne lekko postrzępione, spalone pióra. Większość z nich zwisały na plecach, jakby były złamane.

- Przecież przed chwilą tego nie było... - szepnęłam, podchodząc bliżej do "skrzydeł". Zaczęłam dotykać piór, wyrwałam jedno i w tym samym momencie mężczyzna jęknął cicho.

- Boże, Lise! - westchnął - To boli!

- To jest prawdziwe...

- No prawdziwe.

- Ale jak to...? - cały czas patrzyłam się pustym wzrokiem na plecy Connera. W mojej głowie nagle pojawiło się pełno nowych pytań, lecz na razie powstrzymałam się od wypowiedzenia ich. Przeciągnęłam się i przetarłam oczy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jaka jestem zmęczona - Przecież to...

- Nieprawdopodobne, fascynujące, przerażające? - dokończył za mnie.

- Miałam powiedzieć tylko "niemożliwe", ale ty też to nieźle ująłeś - chłopak wzruszył ramionami. Może i to było szalone, ale wierzyłam mu, tak po prostu. Od początku wiedziałam, że coś z nim nie tak. W końcu kto normalny by się ze mną spotykał?!

- I nie boisz się? - miał lekko ochrypły głos. Jedną ręką przeczesał włosy nerwowo, a drugą
włożył do kieszeni, w próbie ukrycia nerwów.

Nie bałam. Chociaż może powinnam...
Pokręciłam głową przecząco i zbliżyłam się do niego.

- Nie - powiedziałam szczerze - Tylko teraz mam kilka pytań.

- Pewnie! Pytaj o co tylko chcesz! - zachęcająco kiwnął głową, a ja przytuliłam go. Nie mogłam już patrzeć na to, jak się stresuje. Pomimo mokrej od deszczu koszulki, jego ciało było zachęcająco ciepłe. Wtuliłam się w niego, czując jak emocje opadają. Odsunęłam się i delikatnie musnęłam wargami jego usta. W pierwszym momencie w mojej głowie powstało ostrzeżenie "bip bip to nauczyciel", lecz trwało tylko sekundę, tak z przyzwyczajenia. W końcu kiedyś byliśmy parą, więc nie powinnam czuć się nieswojo, prawda?

- Przed chwilą, kiedy... - przerwałam, ostrożnie dobierając słowa - nie miałeś na sobie koszulki...

- Mów dalej - Conner uśmiechnął się, lekko rozbawiony moim skrępowaniem.

- ... to nie miałeś tych skrzydeł. Więc jak teraz je masz?

- Mogę to kontrolować. To jedyny plus z bycia Upadłym - zastanowił się chwilkę - No może jest jeszcze jeden.

- Jaki? - spytałam.

- Ty - odpowiedział, patrząc na mnie swoimi hipnotyzującymi oczami. Moje serce zastukało mocniej przez chwilę, a na moich policzkach pojawiły się delikatne zaczerwienienia. Zostawiłam to bez komentarza, dając mu do zrozumienia, że nie ma czasu teraz na takie teksty.

- Co się stało z szamanami? Przecież mówiłeś, że kiedyś byli dobrzy - kontynuowałam rozmowę.

- Nie mam pojęcia. Myślę, że ma to jakiś związek z tym całym zebraniem.

Zastanowiłam się chwilę nad kolejnym pytaniem, a przy okazji zauważyłam, że przestało padać. Za oknem powoli się przejaśniało, chmury oddalały się szybko, pozostawiając tylko jasnoniebieskie niebo. Słońce już prawie całe skryło się za górami, nadając niebu lekko pomarańczową barwę.

- Co zrobiłeś tej kobiecie? - spytałam w końcu.

- A to - machnął ręką - To nie jest kobieta. Kiedyś może była, lecz teraz jest moim demonem.

Spojrzałam na niego pytająco.

- W jakim sensie "twój demon"?

- Za sprzeciwienie się Bogu, każdy Upadły Anioł dostaje w prezencie demona. Taką zabawkę od Lucyfera, która wypełnia twoje polecenia.

- I możesz tak po prostu o tym mówić? - moja twarz wykrzywiła się w grymasie obrzydzenia -Przecież to... coś było kiedyś zwykłym człowiekiem! Mam rację?

- Lise - mężczyzna westchnął - Już od dawna w tym ciele nie ma ani krztyny dobroci, jaką posiada każdy człowiek. Tak, wiem, że to okropne, ale musisz się do tego przyzwyczaić - dodał po chwili, widząc moją minę. Zaschło mi w gardle.

- A co się stało z Oael'em? - nie byłam pewna czy dobrze wypowiedziałam nazwę naszyjnika, ale raczej tak, bo zareagował błyskawicznie. Zaczął mamrotać coś pod nosem, zawzięcie szukając czegoś w spodniach. Chwilę potem wyciągnął z nich okrągłą zawieszkę z pożółkłej kości i przewieszkę zrobioną ze starego sznurka. Podniósł go do góry, a potem podał mi do ręki. Był zaskakująco lekki. Sznur obwiązany był suszoną skórą, na której było widać ślady jeszcze po pożarze. Kość, jak się okazało jelenia, była lekko postrzępiona w prawym boku, ale nie straciła przez to uroku, wręcz przeciwnie - dodawała go.

- Jest twój - powiedział Conner z uśmiechem, a ja podziękowałam. Kiedy pomógł mi zapiąć wisiorek na szyi zrobiło mi się dziwnie ciepło na sercu. Tak jakby jakaś część wróciła do mnie.

W głowie ujrzałam dwoje dzieci - chłopca i dziewczynkę - bawiący się przy ognisku. Młody Conner miał naburmuszoną minę, bo nie chciał się bawić z dziewczyną. Co chwilę spoglądał na nią z wyższością, lecz ona pomimo tego uśmiechała się przyjacielsko. Dzieciak spytał się matki czemu nie może pobawić się z innymi chłopcami, a ona odpowiedziała mu, że kiedyś to zrozumie i że na razie jest za mały.
Kolejnym obrazem były te same dzieciaki, lecz już trochę starsze. Tym razem Conner był uśmiechnięty. Poszli się bawić, a dobry humor ich nie opuszczał. Dziewczyna śmiała się, kiedy nastolatek podnosił ją do góry i w dół, w trakcie łaskotania jej. Dał jej naszyjnik, więc dziewczynka przytuliła go mocno. Jej oczy błyszczały radośnie.

Obrazy szybko zanikły, ale zostało ich o wiele więcej w mojej głowie. Było tego całkiem sporo i to większa ilość miłych sytuacji. Wiele rzeczy stało się dla mnie zrozumiałych.

- Dziwne... - bąknęłam, a chłopak spojrzał na mnie pytająco - Emm... Czasami w mojej głowie pokazują się takie obrazy i nie do końca wiem, co one oznaczają. Wydaje mi się, że to są moje wspomnienia, ale wcześniej zupełnie ich nie pamiętałam.

- Masz racje, to wspomnienia - w jego oczach ujrzałam iskierkę podekscytowania - Ale nie twoje, tylko nasze. Kiedy dotkniesz czegoś lub kogoś, z kim łączyłaś swoje wspomnienia, one od razu powracają. A przynajmniej ich część.

- A kiedy moja pamięć będzie już wypełniona?

- To zależy od ciebie - stwierdził po chwili zastanowienia - Myślę, że na razie wystarczy ci nowości.

Patrzyłam uważnie, jak rozkłada koc na podłodze i kładzie się na nim. Miał rozczochrane włosy, a z niektórych z nich spływały jeszcze krople deszczu. Założył na siebie swoją czarną koszulkę, a ja nawet nie zauważyłam kiedy jego skrzydła zniknęły.

- Ale jeszcze mam jedno, ostatnie pytanie - powiedziałam, zanim zdążył się całkowicie rozłożyć - Umiesz jeszcze używać czarnej magii?

- Dawno tego nie robiłem, ale... - spojrzałam na niego zachęcająco i podsunęłam na stolik wyschnięty liść. Spuścił wzrok - Nie mogę, przykro mi. Nie chcę znowu tego zaczynać, Lise. To jest jak narkotyk.

- Rozumiem. A nie chcesz się już zemścić na Ughlirze? Chyba czarna magia mogłaby ci pomóc.

- Oczywiście, że chcę. I w sumie niedługo będę miał okazje...

- Jak to? - spytałam, po czym ziewnęłam przeciągle. Chociaż spałam kilkanaście godzin, moje powieki wciąż były ciężkie.

- Kiedy indziej ci to wytłumaczę - powiedział, przeciągając się, a ja mu przytaknęłam. Zamknęłam oczy, odpływając do krainy Morfeusza.

Thursday, April 18, 2013

Rozdział 7



Pochodziliśmy z plemienia Youginstin. Było ono bardzo rygorystyczne jeśli chodziło o różne rodzaje czarnej magii; przesądy, wizje, duchy i inne. Tamtejsi szamani potrafili robić różne rzeczy. Z niektórych nie byłem dumny, ty zapewne też byś nie była gdybyś o nich wiedziała. Było ich trzynastu. Potrafili widzieć z gwiazd. Według nich od urodzenia byliśmy sobie przeznaczeni. Nie mieliśmy wyboru i zostaliśmy wychowani na parę. Na początku nie byłem z tego zadowolony. Uważałem, że miłość powinno wybierać się samemu, a nie z przymusu. Jednak po czasie faktycznie zacząłem coś do ciebie czuć i spotykałem się z tobą nie dlatego, że mi kazali, a dlatego, że sam chciałem. Zbliżaliśmy się do siebie. Powiadano, że nasi przodkowie połączyli nas specjalną Więzią, dzięki której mogliśmy widzieć wszelkie niebezpieczeństwa i różne dziwne istoty, np. skrzaty, wróżki, krasnale, elfy, męczenników, wiedźmy itd. Wszystkim wydawało się, że nic nie może nas rozłączyć i to było prawdą. Ty byłaś dla mnie jak Pszczółka Maja, a ja dla ciebie jak Gucio.

Jeden z szamanów - Ughlira, o ile dobrze pamiętam - był przeciwny naszym spotkaniom. Mówił, że kiedy spalił kość śródręcza niemowlaka nad Wiecznym Ogniem naszej wioski, płomienie zaiskrzyły, wypowiadając nasze imiona i pokazały znak śmierci. Na początku nikt mu nie uwierzył, ponieważ nie miał na to dowodów. Zresztą każdy uważał go za szaleńca. Często wymykał się w nocy, aby odprawiać swoje rytuały, a wracał dopiero nad ranem, zazwyczaj umazany krwią niewinnych zwierząt. Poruszał się na czterech nogach, a jego garbata postać odstraszała wszystkich nieproszonych gości. Wiedział wszystko, co się aktualnie dzieje. Zwracano się do niego tylko w nagłych sytuacjach, gdyż jego przepowiednie często się nie sprawdzały.

Pewnego dnia Ughlira zebrał się z wszystkimi innymi szamanami w lesie. Mieli kolejne posiedzenie. Nikt z mieszkańców nie wiedział, co oni tam robią, ale szczerze mówiąc nikogo to nie interesowało. Zazwyczaj trwało to kilka godzin, ale tym razem nie było ich aż cztery dni. Wzbudziło to lekkie zdziwienie nawet u wodza. Kiedy wrócili, od razu poszedł z nimi porozmawiać. Zabili go bez słowa na oczach całego plemienia. Wojownicy z naszej wioski zbuntowali się, lecz nie skończyło się to dla nich dobrze. Wybuchła panika. Widziałem na własne oczy, jak umiera mój ojciec. Nie wiem co się stało z matką, ale mam nadzieję, że uciekła. Nikt nie chciałby umierać taką śmiercią. Do dzisiaj nie zapomnę krzyków naszych mordowanych przyjaciół, odgłosów wystraszonych koni, szczekania psów. Gdy cofnę się wspomnieniami do tego momentu widzę tylko ogień, który palił po kolei nasze domy. Zwierzęta uciekały do lasu, a za nimi pojedyncze osoby, którym udało się przeżyć.

Ja nie bałem się o siebie. Pod osłoną nocy poszedłem ciebie szukać, unikając wszystkiego co się rusza. Najpierw sprawdziłem twój dom, jednak był doszczętnie spalony. Próbowałem zachować zdrowy umysł i poszedłem nad rzekę. Blisko niej mieliśmy nasze miejsce spotkań, lecz tam również cię nie zastałem. Moje myśli zaczynały chodzić po najgorszych drogach. Kiedy wioska opustoszała, zacząłem wołać za tobą i biegać od jednego do drugiego spalonego domu. Chodziłem po zwłokach moich bliskich, ledwo powstrzymując się od płaczu. W końcu opadłem na kolana przed jednymi zwłokami, a łzy same popłynęły z moich oczu. Na szyi miałaś Oael, naszyjnik, który ci podarowałem kiedy mieliśmy po pięć lat. Wziąłem go do ręki i patrzyłem, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Zostałem sam. Na niczym mi już nie zależało. Byłem gotowy na śmierć. Lecz najpierw postanowiłem cię pomścić.

Chodziłem po wielu wioskach, szukając szamanów, zabijając ich po kolei. Często byłem przetrzymywany i torturowany, ponieważ mieszkańcy myśleli, że jestem szpiegiem. Jednak zawsze udawało mi się uciec. Zabiłem dwunastu. Ughlira był jedynym, którego nie znalazłem, który pozostał na wolności. A raczej w ukryciu. I to bardzo dobrym. Nie po to zginęłaś, żebym odpuścił. Nie po to zginęła moja rodzina.

Czytałem różne księgi, dzięki którym mogłem nauczyć się czarnej magii. Zacząłem od najprostszych zaklęć, jak ignem et mortem albo ardeam. Na początku torturowałem bardzo małe zwierzęta, potem moje umiejętności rozwinęły się wystarczająco, abym mógł zabić dorosłego niedźwiedzia. Doszedłem do takiego stanu, że zacząłem zabijać niewinnych ludzi. Nigdy nie zapomnę ich przerażonego wzroku, ich błagań, jęków, krzyków. Byłem zabójcą. Myślałem, że robię to w słusznej sprawie, lecz tak nie było. Wtedy jednak tak nie myślałem. Nie zliczę nawet ile osób przeze mnie cierpiało.

Pięć kolejnych lat spędziłem na ćwiczeniach. Pewnego dnia znalazłem rytuał, dzięki któremu można odnaleźć osobę lub rzecz, gdziekolwiek się ona znajduje. Nie byłem pewny, czy zadziała, bo książka miała prawie 1500 lat, ale chciałem spróbować. Polegał on na zmieszaniu krwi umarlaka z kępką włosów dziewicy z plemienia Ciemnej Jasności, rozdartej lilii i rozgniecionej czaszki jelenia. Kiedy już to zrobiłem, powstała płynna bladoróżowa substancja. Wlałem ją do kubłaka, poszedłem na najbliższe pole i o północy rozpaliłem ognisko. Wymawiając po kolei zdania, zgodnie z tekstem książki, wlewałem mieszaninę do ognia. Pod koniec płomienie tylko zaskwierczały cicho. Myśląc, że to nie zadziałało wcale nie byłem zły. Szczerze mówiąc miałem przeczucie, że tak będzie. Jednak kiedy miałem odejść, coś mnie powstrzymało.

Była to kobieta. Miała wielkie, niebieskie oczy i idealnie wypełnione usta, osadzone na bladej twarzy. Ubrana była w długą po kostki, białą suknie. Powiedziała mi, że jest wysłannikiem Pana i że przyszła na moje wezwanie. Byłem oszołomiony i tak trochę... wystraszony. Na początku nie wiedziałem co powiedzieć, lecz w końcu rozpocząłem z nią rozmowę. Poinformowała mnie, że jeśli tylko zechcę, powie mi gdzie znaleźć Ughlira, lecz za rok umrę, idąc do nieba. Zgodziłem się, ponieważ na początku wyglądało to pięknie; w rok zabiłbym szamana i potem leciutko pofrunął do Królestwa Niebieskiego, do ciebie. Zamiast podpisywania umowy, naciąłem się na ręce, ona również. Kiedy krew złączyła się ze sobą, Anioł pisnął i wyleciał w powietrze migając jak żarówka. Ja odsunąłem się jak oparzony. Wyglądało to jak egzorcyzmy, tyle że w wydaniu Boga. Zmrużyłem oczy i zasłoniłem ręką rażące promienie światła.

Dziewczyna zniknęła, pozostawiając po sobie tylko pióro. Ostrożnie podszedłem w jego stronę i delikatnie podniosłem, zważając na każdy ruch. Nieskazitelnie białe, lekkie, właściwie unosiło się nad moimi rękami. W tym samym momencie ból zaczął rozsadzać moją czaszkę, co było nie do wytrzymania. Opadłem na ziemię, rozmasowując skronie. Krzyczałem, aby rozładować emocje. W mojej głowie pojawiło się pełno obrazów; dróżka w lesie, ogień, uciekające zwierzęta, chaos, stara, opuszczona, drewniana cerkiew. Nagle wszystko umilkło. Odetchnąłem, z przerażeniem oglądając się na boki. Nie wiem jak, ale wiedziałem co mam zrobić. To było uczucie, jakby coś we mnie weszło i po prostu pomagało podjąć dobrą decyzję, kierowało mną.

Pojechałem do Kapliczki św. Piotra w Północnej Dakocie i zastawiłem pułapkę na Ughlira. Chciał ukraść Ciało Anioła, aby wykonać jakiś obrzęd. Musiał się kręcić po okolicy od dłuższego czasu, aby zorientować się w terenie. Tak jak się spodziewałem, wszedł tylnym wejściem, aby ominąć alarm. Wtedy zaatakowałem, lecz szaman był szybszy i uniknął ciosu. Wystraszony, uciekł nie pozostawiając za sobą żadnego śladu.

Zacząłem kolejne poszukiwania, lecz zanim się obejrzałem minął rok. Anielica przyszła do mnie i pomimo moich próśb nie można było zerwać ani przedłużyć umowy. Zawiedziony poszedłem do nieba, lecz nie jako człowiek. Stałem się Aniołem. Istoty te nie mają własnej woli. Mają wypełniać wolę Boga, którego większość z nich nawet nie spotkała i pewnie nigdy nie spotka. Było to najgorsze przeżycie, jakie kiedykolwiek mnie spotkało. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie takie życie. Nie wyglądało ono tak niewinnie jak w bajkach z dzieciństwa; jeśli trzeba było zabić - zabijałem, miałem opętywać niewinne osoby, torturować je, zawsze kiedy były za blisko dowiedzenia się prawdy o naszym Stwórcy. Dalej przed oczami mam miny tych przerażonych, niewinnych ludzi. Strach i zawiedzenie w ich oczach były nie do opisania. Po roku nie mogłem już tego wytrzymać.

Pewnego dnia wyszedłem z Królestwa Niebieskiego i stanąłem przed bramą, której pilnował święty Piotr. Odwróciłem jego uwagę, wpuszczając do Nieba cerbera - jednego z wysłanników Diabła. Pod jego nieobecność stanąłem nad wielką przepaścią, widząc w jej środku małą niebieską kulkę z kilkoma zielono-żółtymi plamkami. Ziemia... Ach, to było piękne uczucie widzieć ją znowu, nawet z odległości kilkuset milionów kilometrów wzwyż. Widząc ją nawet się nie zastanawiałem nad tym co robię. Po prostu skoczyłem w sam środek dziury, pogrążając się w ciemności i rozświetlając sobie drogę tylko i wyłącznie gwiazdami.

Spadałem w dół z niewyobrażalną prędkością, a odłamki z moich skrzydeł po kolei odpadały, zostając daleko za mną. Niebieska planeta wyostrzała się z każdą sekundą, rosnąc i nabierając właściwy kształt. Pomimo bardzo niskiej temperatury, moje ciało było rozpalone i płonęło żywym ogniem. Spadałem i spadałem, czując w końcu to czego mi trzeba było od bardzo dawna. Tak właśnie stałem się Upadłym Aniołem. Poprzez mój pobyt w Niebie moje umiejętności czarowania prawie wygasły. Z powodu tęsknoty za tobą, zawarłem kilka paktów z demonami, aby przywrócić ci życie. Synowie szatana dotrzymali słowa, jednak nie ostrzegli mnie przed tym, że urodzisz się tak jakby "na nowo". Nie miałem też pojęcia gdzie jesteś, ale wiedziałem, że nie pamiętasz nic z wydarzeń sprzed kilku lat.

W tym samym czasie znaleziono cię na ulicy zmarzniętą i bezbronną, po czym trafiłaś do domu dziecka. Stamtąd zostałaś skierowana do akademika, w którym się uczyłaś przez dwa lata. Wtedy wpadłem na twój trop i zatrudnili mnie w tej samej szkole. Miałem nadzieję, że zaczniesz Widzieć kiedy się do siebie znowu zbliżymy i tak właśnie się stało.

Resztę historii już znasz, a dalsza jej część zależy od ciebie...

Wednesday, April 3, 2013

UWAGA!

Muszę z przykrością zawiadomić, że w tym tygodniu NN nie będzie.
Niestety mam wielką pustkę w głowie jeśli chodzi o ten rozdział. Przepraszam jeszcze raz...
Mam nadzieję, że wyrobię się do kolejnego wtorku.
Życzcie mi dużo weny :)

Tuesday, March 26, 2013

Rozdział 6


- Że kim jest? - nagle tracąc wszystkie siły, klęknęłam i oparłam się o ścianę.

- Upadłym... - przerwała na chwilę i popatrzyła się na Conner'a - Och! To jeszcze jej nie powiedziałeś? - zaśmiała się. Mężczyzna spuścił wzrok. Po chwili popatrzył się na blondynkę wściekłym wzrokiem. Warknął coś w obcym języku, złapał kobietę za ramię i wypchnął za drzwi. Ta z przerażającym piskiem skuliła się i upadła na ziemię. Zaczęła się czołgać, wbijając paznokcie w błoto. Po chwili zniknęła za jedną z ścian budynku. Conner zanim wyszedł za nią, zerknął na mnie dysząc, jak zwierzę, spragnione krwi.

Byłam przerażona zachowaniem nauczyciela. Nigdy nie widziałam go takiego agresywnego. Skuliłam się w kącie pomieszczenia, modląc się w duszy, żeby to był tylko sen. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w kłótnię dorosłych.
________________________________________________________
Conner
________________________________________________________

Byłem wściekły. Chciałem ją zabić i w sumie mógłbym to zrobić, gdyby nie była mi jeszcze potrzebna. Chociaż mogę chyba ją trochę podręczyć, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

- Co ty robisz, do jasnej cholery?! - spytałem, groźnie patrząc się na ofiarę.

- Skąd miałam wiedzieć, że ona o niczym nie wie? - Meg podniosła się z trudnością. Jedną ręką dalej trzymała się za brzuch, a drugą wytarła o bluzkę - Nie spodziewałam się, że uderzysz kobietę.

- Nie jesteś kobietą - syknąłem. Blondynka zrobiła oburzoną minę i wyprostowała się.

- Skoro nie chcesz mojej pomocy, to mogę iść! - krzyknęła.

- Nie możesz - przerwałem jej spokojnym głosem - Dopóki nie spłacisz swojego długu, jesteś moją własnością.

- Agrh! Zawsze mogę uciec... - burknęła głośno i wywróciła oczami, jakby to było oczywiste.

- Dobrze wiesz, że jeśli to zrobisz... - moje oczy błysnęły złowieszczo - To cię zabiję - dokończyłem i uśmiechnąłem się, podnosząc jedną brew. Meg umilkła. Stojąc na deszczu przez dłuższy czas, wyglądała jak zmoczona kura; jej krótkie blond włosy przykleiły się do policzków, ubrania przesiąknęły czarnym gęstym płynem wypływającym z rozciętego brzucha, która rozcieńczyła się z kroplami deszczu, a po jej odsłoniętym ciele spływały strumienie wody. Na rękach miała liczne rany, a na nogach dwa podłużne przecięcia, ze skrzepniętą mazią.

To okropne, patrząc na stwora, który wszedł w zwykłą, nawet można powiedzieć, atrakcyjną dziewczynę. I jak ja mam ją niby szanować? Demon - najgorsza istota, jaką kiedykolwiek można spotkać. Nigdy nie udało mi się jeszcze wypowiedzieć tego słowa bez pogardy. Szczerze mówiąc już dawno bym zabił Meg, gdyby nie ta dziewczyna uwięziona w środku. Nie jestem już mordercą i nie zamierzam być...

- Wstawaj - rozkazałem, kiedy demon potknął się i upadł, w daremnej próbie ucieczki - No już! - kiedy to zrobiła, kopnąłem ją w żebra. Jęknęła głośno i znów upadła. Tym razem nie podniosła się. Straciła przytomność. Albo udaje. Upewniłem się (chyba wiadomo jak), po czym wróciłem do chaty.

Lise siedziała skulona w kącie. Miała liczne zadrapania na nogach, niezbyt poważnych, więc podszedłem bliżej, aby je opatrzyć. Kiedy dziewczyna wyczuła moją obecność, podniosła wzrok. Jej oczy były pełne strachu i zawiedzenia. Próbowała się cofnąć, lecz na marne, ponieważ przeszkadzała jej ściana.

- Odsuń się - krzyknęła.

- Hej hej... - powiedziałem delikatnie. Szczerze mówiąc nie byłem zdziwiony jej reakcją, w końcu mogłem przewidzieć co się stanie - Spokojnie, nic ci nie zrobię - usiadłem obok nastolatki i popatrzyłem na nią.
To teraz czas na poważną rozmowę - westchnąłem.

- Dobra. Nie musisz nic mówić. Ale posłuchaj...

W tym momencie opowiem jej pewną historię. Naszą wspólną, prawie zapomnianą historię. W tym momencie pozna początek czegoś wielkiego. Jeszcze nie powiem wam czego, ale na to przyjdzie czas. Musicie być cierpliwi, bo to ostatni klucz, który otwiera drzwi...

Monday, March 18, 2013

Rozdział 5


________________________________________________________
Lise
________________________________________________________
Obudziło mnie uderzanie deszczu o metalową blachę, zastępującą dach. Otwierając oczy, na początku wszystko było zamazane, lecz z każdym mrugnięciem, obraz wyostrzał się. Znajdowałam się w jakiejś starej chacie. Szare ściany były poobdzierane i podrapane przez jakieś dzikie zwierzę. Pewnie przez niedźwiedzia, bo nie wyobrażam sobie innego stwora, który mógłby to zrobić. Na podłodze porozrzucane były gałęzie, liście, talerze, kubki, miski i lekko pozłacane na końcach uchwytów sztućce. Ogólnie w pomieszczeniu zauważyłam tylko kilka mebli; dwa krzesła, drewniany stolik, szafka nocna i łóżko na którym obecnie leżałam.

Czułam się, jakby zaraz cały świat miał się zawalić na moją głowę. Powoli podniosłam obolałe ciało, czego od razu pożałowałam, bo zachciało mi się wymiotować. Upadłam z powrotem na twarde łóżko.

- Musisz odpocząć - powiedział ktoś, delikatnie zasuwając kosmyk moich włosów za ucho - Połóż się i nie ruszaj głową.

- Gdzie jestem? - spytałam słabo.

- Jestem tutaj z tobą - dopiero teraz zauważyłam, że zamazana postać nachylająca się nade mną to Conner. Patrzył na mnie smutnym spojrzeniem i gładził ręką mój policzek - Cały czas...

Posłusznie leżałam na materacu, czując pulsowanie w skroniach. Byłam wpatrzona w szarą ścianę. Oczy same mi się zamykały, chociaż byłam pewna, że spałam już od dłuższego czasu.

- Gdzie jestem? - powtórzyłam pytanie z większą siłą w głosie.

- Leż spokojnie.

- Conner! - burknęłam na niego cicho.

Spuścił wzrok i odwrócił się w stronę drzwi, zakrywając przy tym twarz. Nie wiedziałam czy chciał ukryć łzy, czy po prostu był zmęczony. A może to i to? Zaklęłam w duszy.

- Co się dzieje? - byłam przerażona brakiem jego odwagi i zdecydowania. Głos mi się trzęsł, lecz nawet nie próbowałam tego zamaskować - Conner, proszę cię, powiedz mi o co chodzi. Musisz mi to wszystko...

- Lise... - przerwał mi załamanym tonem - Ja nawet nie wiem od czego mam zacząć.

Podniosłam się jak najwolniej umiałam. Tym razem tylko lekko zakręciło mi się w głowie, ale przytrzymałam się poręczy, więc nie upadłam. Mężczyzna ciągle stał odwrócony ode mnie. Chwilę się wahałam, ale w końcu położyłam swoją rękę na jego plecach. Wstałam i klękłam przy nim.

Zawsze, jak się spotykaliśmym moje serce biło jak oszalałe, a motylki w moim brzuchu gilgotały, jak nigdy wcześniej. Teraz jednak tak nie było... Dziwne. Lecz to pewnie ze zmęczenia. Przyzwyczaiłam się już do jego towarzystwa. Zawsze umiał mnie pocieszyć, lecz teraz role się odwróciły - to on potrzebował mojego wsparcia. Zobaczyłam to w jego oczach. Był zmartwiony i roztrzęsiony.

Milczałam, myśląc, co zrobić. W końcu przybliżyłam swoją głowę do jego, aby wyszeptać mu na ucho kilka słów na pocieszenie.

Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, nauczyciel odwrócił się, a nasze usta zetknęły się w długim, właściwie nie kończącym się pocałunku. Na początku doznałam wielkiego szoku i miałam to przerwać, lecz nie byłam w stanie powstrzymać emocji, które nas ze sobą splotły i nie mogły się poluzować. Rzuciłam się na Conner'a ogarnięta nagle wielką falą gorąca, a ten podniósł mnie z niewyobrażalną lekkością i oparł o szafkę. Oplotłam swoje nogi wokół jego bioder, a on objął mnie rękami w talii.
Czułam to pożądanie, które nami zawładnęło. Nawet nie zauważyłam kiedy Conner ściągnął ze mnie koszulkę, ani kiedy zrobiłam to samo z jego ubraniem. Nawet pomimo znakomicie wyrzeźbionego ciała mężczyzny, nie mogłam oderwać wzroku od jego oczu. Czarne, bardzo pociągające i seksowne.

- Chyba nie powinniśmy... - wydyszałam, ledwo biorąc oddech przed kolejnym pocałunkiem.

- Tak, nie powinniśmy - przyznał, choć mimo to nie przestaliśmy. Całus.

Położyłam ręce na jego plecach. Wydawało mi się, że ma jakąś bliznę na łopatce, ciągnącą się ku dołu. Nie, zaraz... Dwie blizny. Byłam jednak zbyt podniecona, żeby się teraz tym przejmować. Na to przyjdzie czas potem.

- O cholera - drzwi otworzyły się, a w nich ukazała się kobieca postać - Może ja przyjdę później?

Odruchowo, Conner i ja odsunęliśmy się od siebie. Najszybciej jak umiałam przeszukałam wzrokiem cały pokój w poszukiwaniu mojej czarnej bluzki. Bez efektów. Zaczęłam panikować, rozglądając się na wszystkie strony. Nagle tuż pod moimi nogami pojawił się top, który chwilę potem miałam już na sobie. Odetchnęłam, próbując się rozluźnić.

- Nie ma za co - powiedziała rozbawionym tonem kobieta.

- Co ty tu robisz? - spytał czarnowłosy.

- Chciałam sprawdzić, czy już jej powiedziałeś o twoim prawdziwym obliczu - mrugnęła do niego - Ale skoro tutaj jest, to pewnie już wie. No i jak wrażenia? - tym razem słowa skierowała do mnie - To musi być coś strasznego, dowiedzieć się, że właściwie z obcą ci teraz osobą, łączyło cię kiedyś takie uczucie. Albo o tych stworach, że one naprawdę istnieją i to pośród ludzi! Pewnie przeżyłaś niezły szok - uśmiechnęła się podekscytowana - No ale cóż... Skoro się tak dobrze dogadujecie, jak było przed chwilą widać, to stwierdzam, że jednak dobrze to przyjęłaś. Nie bałaś się tego robić z Upadłym Aniołem? Nie, żebym twierdziła, że jest w tym gorszy, bo nie próbowałam, ale krążą plotki, że jest dosyć ostro, a z tego co wiem nigdy jeszcze nie uprawiałaś seksu - umilkła, spoglądając z ukosa na mężczyznę.

Conner zrobił zestresowaną minę i spojrzał na moją reakcję. Chyba tylko ja w tym pokoju nie wiedziałam o co chodzi, lecz czułam, że zaraz się dowiem...

Wednesday, March 13, 2013

Rozdział 4


Drogi Pmiętniku! 
Lise i Conner spotykają się coraz częściej i zbliżają się do siebie. Niedługo dziewczyna zacznie Widzieć, więc trzeba szybko odprawić rytuał. 
Przed chwilą rozmawiałam z Conn'em, był lekko roztrzęsiony. Może denerwuje się przed ich kolejnym spotkaniem? Zależy mu na niej i to widać. W końcu kiedyś byli parą, praktycznie nierozłączną. Wyobrażam sobie, jak mu jest trudno opanować chęć pocałowania jej, przytulenia.
Z czasem moja mała Lise sobie wszystko przypomni, a wtedy będzie o wiele trudniej zachować wszystko pod kontrolą. Pewnie jeszcze dziesięć razy zmienię zdanie, zanim jej powiemy. To będzie rzecz, która może zadecydować o losach wszystkich ludzi... I nie tylko.
________________________________________________________
Conner
________________________________________________________

Dzisiaj spotykam się z Lise o 8:00pm. Dostałem polecenie, ale szczerze mówiąc wcale nie chcę go wypełniać. Mogę ją stracić już na zawsze, a to ostatnia szansa. Wolałbym zaczekać, aż... na zawsze. Jednak wiem, że nie mogę. Chronię ją jak potrafię, lecz to bardzo trudne jeśli nie widzę tego, co ona. Możemy działać tylko połączeni, a kiedy nasza więź została przerwana, umiejętność Widzenia również.

- Panie Conner? - wyrwała mnie z zamyślenia uczennica, stojąca przy biurku - Skończyłam pisać test.

- Dobrze, dobrze - ocknąłem się i kazałem położyć jej kartkę na moim stoliku, po czym znów pomknąłem do moich myśli.

Od naszej randki w kafejce dostrzegłem, że jej zdolność powraca. Moja niestety nie, ale jestem dobrej myśli. Może kiedy Lise przypomni sobie jej dawną postać, będziemy w końcu razem, a Pheole zbudują naszą moc z powrotem. Na samą myśl o tym, uśmiechnąłem się do siebie. Przypomniałem sobie, jak się pierwszy raz spotkaliśmy, kiedy do mojej głowy wtargnął jakiś inny, wkurzający głos.

- Uuu... Pan Conner się zakochał! - krzyknęła jakaś dziewczyna piskliwym głosem, a reszta zaczęła chichotać. Wszyscy chłopcy siedzieli znudzeni, bawiąc się długopisami i ołówkami.
Nienawidzę mieć zastępstw z pierwszoklasistami. A raczej pierwszoklasistkami, bo w tej klasie nie dostrzegam choćby jednego chłopaka używającego mózgu. W sumie cała ta klasa jest tępa. To hańba!
Ogółem lubię prowadzić zajęcia. Mógłbym nawet do tego przywyknąć, gdybym nie był... inny.

Zadzwonił dzwonek, a ja rozejrzałem się po klasie.

- Dobra młodzieży, odkładamy długopisy i wychodzimy z klasy - powiedziałem na zakończenie lekcji. Kiedy uczniowie wyszli, pozbierałem testy, zabrałem dziennik i ruszyłem w stronę pokoju nauczycielskiego.

________________________________________________________
Lise
________________________________________________________

Na początku przygotowań usiadłam przed lusterkiem ubrana w krótkie dżinsowe spodenki i luźny t-shirt. Włosy związałam w wysokiego kucyka i przeglądnęłam szafę. Pusta...

- Grrr! - warknęłam do samej siebie.

- Gdzie idziesz, Lissie? - spytała mnie przyjaciółka, siedząca na łóżku z laptopem na kolanach - Jutro mamy test z matematyki, miałyśmy się uczyć - podniosła wzrok znad ekranu i popatrzyła na mnie podejrzliwie.

- Na spacer - powiedziałam i skierowałam pytający wzrok na jej rozgniewaną twarz - A co?

- Z kim? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Co to ma być? Wywiad?!

- Sama, całkowicie sama...

- Codziennie to robisz! - wybuchnęła gniewem - "Idę na lody, idę na korepetycje, idę na spacer"! Co to ma w ogóle być?! Unikasz mnie? Pewnie dla jakiegoś chłopaka tak się malujesz i nic mi nie chcesz powiedzieć! Wychodzisz, spotykamy się właściwie tylko na zajęciach...

- I kto to mówi? - spojrzałam na nią groźnie - To ty zawsze gdzieś wychodzisz z Noelem i wracasz dopiero po północy! - krzyknęłam - Powinnaś najpierw popatrzeć na siebie, zanim ocenisz mnie. Nawet jeśli wychodzę gdzieś z chłopakiem, to bym ci nie powiedziała, bo zawsze zabierasz mi najlepszych przystojniaków!

- Ja ci zabieram przystojniaków? - zdziwiła się - Niby kogo?

- Naprawdę mam wymieniać? - kiedy Alisson przytaknęła, kontynuowałam - Edd, Harry, Jason, Peter, Kili - przerwałam nagle, a po chwili wahania, dodałam - Noel.

- Przecież zerwaliście już kilka miesięcy temu. Myślałam, że nic do niego nie czujesz...

- Bo teraz nie czuję. Mam innego - powiedziałam, wzruszając ramionami.

- Wiesz... Jakbyś częściej bywała ze mną to byś wiedziała, że Noel zerwał ze mną tydzień temu.

Stałyśmy teraz naprzeciwko siebie. Patrzyłam w jej zielone, stanowcze oczy. Powoli ich wyraz zmienił się w smutny i przygnębiony, aż zrobiło mi się jej żal. Podeszłam do niej i obie przytuliłyśmy się ze sobą.  Przyjaciółka położyła głowę na moim ramieniu i rozpłakała się. Więcej nie musiałyśmy się odzywać. Wskoczyłyśmy na łóżko i patrzyłyśmy na białą ścianę z szarymi zaciekami, oddychając głęboko.

Ciszę przerwała piosenka "Scorpions - You & I" lecąca z głośnika mojego telefonu. Podniosłam się szybko, ale patrząc na kamienną twarz Ali, nic nie zrobiłam.

- Odbierz - powiedziała leniwie i przeciągnęła się jak kot. Spojrzałam na nią jeszcze raz, po czym nacisnęłam zielony przycisk.

- Halo?

- Cześć, Lise - odezwał się głos Conner'a w słuchawce - Mam nadzieje, że nie przeszkadzam?

- Nie, nie. Dlaczego dzwonisz? - spytałam i mimowolnie uśmiechnęłam się do ściany.

- Chciałem usłyszeć twój głos - wymruczał.

- Przecież niedługo się spotkamy - zaśmiałam się.

- Właśnie, a co do tego... Moglibyśmy przesunąć nasze spotkanie o godzinkę?

- Tak, pewnie - powiedziałam z wahaniem - Gdzie mam przyjść?

- EeanStreet?

- Okej, będę czekać koło tej tajskiej knajpki - powiedziałam lekko i pożegnałam się, odkładając słuchawkę.

Zapatrzyłam się chwilę w okno. Niedawno było wymieniane, ponieważ robili remont całego akademika. Pomysłem Ali były ciemne brązowe zasłony, przez które dociera mniej światła do pokoju. Powiedziała kiedyś, że lubi takie klimaty, więc się zgodziłam na kilka poprawek w pokoju, np. futerkowa biała kanapa, poduszki w kwieciste wzory albo kolorowe naklejki na biurko. Jej rodzice są bogaci, więc nie było problemu z pieniędzmi. Czasami czuję się bardzo obca, kiedy Ali mówi o swojej rodzinie, bo sama jej nie mam.

Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i nie pozostawili po sobie śladu. Żadnych pamiątek rodzinnych ani zdjęć.
Potem znalazłam się w domu dziecka i tam się wychowywałam kilkanaście lat, dopóki nie dorosłam do tej szkoły. Pewnie opiekunki miały mnie już dość, bo chyba każdy kto mnie zna, wie, że mam charakterek.
Moi najbliżsi krewni mieszkają na drugim końcu świata, a dokładniej w Australii. Chciałam kiedyś do niech jechać, lecz ciotka Pola mówiła, że nie mają warunków, aby mnie przyjąć do nich, więc ta opcja odpadła.
Krótko mówiąc wychowywałam się praktycznie sama i wiem, jak wygląda prawdziwe życie.

Przyjaciółka wciąż leżała w tym samym miejscu co chwilę temu. Udawała, że nic ją nie obchodzi z kim gadałam, jak zwykle kiedy piłuje sobie paznokcie.

- Pan Conner - oznajmiłam i znów położyłam się koło niej.

- Ale co pan Conner? - spytała, nie podnosząc wzroku.

- To z nim się spotykam.

Tyle wystarczyło, żeby poprawić nam obu nastrój. Alisson była tak podekscytowana, że zapomniała ja się mówi. Zamiast tego, śmiała się i piszczała, jak szalona. Gdybym jej nie znała, pomyślałabym, że ma padaczkę lub coś w tym stylu. Wiem, że nie powinnam jej tego mówić, ale to moja najlepsza przyjaciółka i w końcu odetchnę z ulgą, kiedy nie będę musiała jej kłamać. Cieszyłam się ze swojej decyzji, nieważne jakie będą tego konsekwencje.

- Ale masz nikomu nie mówić - ostrzegłam ją, poważnym tonem.

- Obiecuję - jedną rękę wystawiła przed siebie, a drugą położyła na swoim sercu - Na paluszek.

- Na paluszek - nasze małe palce splotły się, a ja uśmiechnęłam się promiennie.

- To teraz przygotujemy cię na randkę! - pociągnęła mnie w stronę garderoby i pokazała na swoje modne ubrania. Nawet nie wiedziałam, że ona ma ich aż tyle. Stanęłam, jak wryta.

- Nawet nie wiesz, jak cię kocham, Ali - uściskałam ją z uśmiechem na twarzy.

- Oj wiem, wiem, kochana - odwzajemniła mój gest i zabrałyśmy się do metamorfozy.
_______________________________________________________

Bip...
Bip...
Bip...

- Ja już jadę, jest mały korek na ulicy Crashera - zaczął tłumaczyć się Conner, zaraz po odebraniu telefonu.

- Dobra, dobra - zaśmiałam się z przejęcia chłopaka - Nic się nie dzieje. Jedź ostrożnie, ja tu poczekam.

- Może wejdziesz do jakiejś knajpy? - wyczułam w jego głosie troskę - Nie chcę, żebyś zmarzła, bo dzisiaj jest dość zimno.

- Okej - zmrużyłam delikatnie oczy - Jak już będziesz to zadzwoń, pa - powiedziałam i rozłączyłam się. Świr z niego... Kto normalny by się mną tak przejmował?

* * * * * * * * *

Czekałam na Conner'a mniej więcej 15 minut.
Gdy wszedł do tajskiej knajpy "Chao-chang" zaparło mi dech w piersi, poczułam motyle w brzuchu i zrobiło mi się dziwnie sucho w ustach. Wyglądał czarująco, zresztą jak zwykle.

Miał lekko rozczochrane włosy , sterczące na wszystkie strony, a jego zazwyczaj czarne oczy, tym razem zmieniły się w granatowe i błyszczały, jak gwiazdy na ciemnym niebie. Ubrany był w żółty podkoszulek i czarne 3/4 spodnie. Na szyi zauważyłam cienki srebrny łańcuszek z krzyżykiem.

- Naprawdę bardzo cię przepraszam -powiedział mężczyzna podchodząc do stolika.

- No dobra, już nie przepraszaj - westchnęłam i przeciągnęłam się - Nie usiądziesz?

- Tak właściwie to przygotowałem coś innego - uśmiechnął się nieśmiało, a ja wzięłam go za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia.

- To gdzie idziemy? - spytałam pełna entuzjazmu.

- Oj, to już tajemnica, kochana. Zamknij oczy - poprosił, po czym zaprowadził mnie do swojego samochodu.

Siedzenie było miękkie, pewnie przykryte kocem. W środku pachniało świeżą cytryną i skoszoną trawą. Można było też wyczuć pastę do zębów, ale tylko momentami.  Obok mnie leżał jakiś przedmiot. Ostry i mały. Nie patrzyłam co to jest, bo wciąż miałam zamknięte oczy, lecz myślałam, że to scyzoryk. Chwilę się wahałam, ale w rezultacie niepostrzeżenie schowałam go za kurtkę.

Conner usiadł na przednim siedzeniu i włączył radio. Leciała piosenka "Areosmith - Dream on". Na naszym ostatnim spotkaniu rozmawialiśmy na temat muzyki i oboje mamy podobny gust. Pomimo tego, że nie miałam dzisiaj nastroju na tego typu piosenki, nie przeszkadzały mi. Oparłam głowę o okno i zapatrzyłam się na przemijający obraz miasta. W tym momencie zdałam sobie również sprawę, jaka jestem zmęczona.

- Jeśli chcesz, to możesz się przespać - zaproponował Conner, kiedy po raz kolejny ziewnęłam - Będziemy chwilę jechać - popatrzył na mnie przelotnie w trakcie prowadzenia auta i uśmiechnął się z troską wyrytą na twarzy. Też wyglądał na zmęczonego, więc zaprzeczyłam, aby dotrzymać mu towarzystwa.
Jednak po około 15 minutach oczy same mi się zamykały. W końcu mój oddech stał się równomierny, a cały świat odpłynął do krainy Morfeusza.
________________________________________________________
Conner
________________________________________________________

W końcu zasnęła...

Zatrzymałem się na Pustkowiu i wysiadłem. Wyciągnąłem z bagażnika moją torbę, a z niej mały woreczek. Wyszedłem przed auto, stanąłem prosto i wypuściłem ze świstem powietrze, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Ehh... Znowu ten typ.

- Pewnie, przyszedłeś popatrzeć na jej mękę? - krzyknąłem.

Od razu skarciłem się za ten czyn. Nie mogę obudzić Lise, a wrzeszczenie nie jest najlepszym rozwiązaniem w takiej sytuacji.

- Masz rację, nie jest - usłyszałem za sobą hipnotyzujący, kobiecy głos. Jej oddech na mojej szyi delikatnie łaskotał.

- Wybacz. Myślałem, że jesteś Duchem Pustkowia - próbowałem oddychać równomiernie, lecz od razu moje tętno wzrosło przy jej obecności - Nie sądziłem, że się pojawisz... - szepnąłem, nie odwracając się - I byłoby miło, jakbyś nie czytała w moich myślach.

- Dlaczego miałabym nie przychodzić? - spytała bez emocji.

- Przecież masz dużo zajęć w Królestwie Niebieskim - mruknąłem pod nosem - Nie byłem pewny, czy chciałabyś patrzeć na to, co zamierzam zrobić.

- A właśnie, co do tego... Rada nie wyraziła zgody, próbowałam robić co się dało, wybacz - kiedy wypowiedziała te słowa zrobiłem groźną minę - Nie mamy pewności, czy Elisabeth to ona. Jeśli ta dziewczyna jest człowiekiem, byłbyś skazany na męki w Seloneum. Nie chciałbyś tam być.

- Ja mam pewność! - krzyknąłem - To ona!

- Nie podnoś głosu, to nie jest konieczne. I tak nie zmienimy zdania, przykro mi.

- Nie okłamuj mnie... - zacisnąłem zęby - Ty nie masz uczuć, jesteś Aniołem! Żadne z was nie ma, dlatego podjęliście taką decyzję. Dla mnie torturą jest choćby jeden dzień bez niej, a nie Seloneum! Mówicie, że dla was ważna jest prawda. Prawdą jest to, że ją kocham. Ale wy to wiecie, bo możecie czytać takim jak ja w myślach. Ale pomimo tego nic nie robicie, a wiesz dlaczego? Bo nie wiecie, jak to jest kochać. I nie będziecie wiedzieć, bo jesteście tylko nędznymi istotami, dla których liczy się tylko Bóg. Ale wasza moc powoli słabnie, bo większość ludzi przestaje Wierzyć. I wiesz co? Ja też już powoli zaczynam w Niego wątpić! Gdyby istniał, kazałby wam czynić dobro, a jak na razie nie robicie nic, co mogłoby zmienić ten świat. Sprawić, by był lepszy; by ludzie się modlili, chodzili do kościoła, jednoczyli się! Nie robicie nic...

- Dosyć! - przerwał mi ten sam głos, jednak zmieniony w męski, szorstki i głęboki - Nie chcesz z nami wojny - z każdym kolejnym zdaniem, jej głos wydawał się bardziej szatański, niż anielski - Masz szczęście, że jestem miłosierna i cię jeszcze nie porozrywałam na kawałeczki, Upadły Aniele - ostatnie dwa słowa bardziej wypluła, niż wypowiedziała. Mówiła dumnie, z wyższością i nienawiścią w głosie.

- Spróbuj - powiedziałem z wyzywającym spojrzeniem na twarzy.

Anielica pisnęła wściekle i przeraźliwie. Zawirowała swoją niewidzialną postacią w powietrzu, pozostawiając za sobą tylko bez pośpiechu opadający na ziemię kurz...

Saturday, March 2, 2013

Rozdział 3


Drogi Pamiętniku!


Kilka dni temu Lise miała pierwszą lekcję z "nowym nauczycielem". Nasz plan musi się udać. Ona musi wiedzieć prawdę, bo inaczej jej życie będzie w niebezpieczeństwie. Dopóki jest przy niej Conner, nic jej się nie stanie. Muszę przestać panikować, muszę się skupić, muszę ją chronić.

Ta wizja była tak realna! Ciągle widzę jej przestraszoną twarz. Siedziała w tym pomieszczeniu, skulona. Twarz miała zakrwawioną, kilka siniaków na nagim ciele, a jej oczy nie wyglądały już jak oczy mojej Lissie. Były małe jak ziarenka, czarne, bez wyrazu. Jej ubrania były brudne i poszarpane. Usta wykrzywione w złowieszczym uśmiechu. To już nie była ta sama dziewczyna. Była jedną z nich... Jedną z Półżywych.


________________________________________________________
Lise

________________________________________________________

Moje ręce drżały, gdy tylko przechodziłam koło pana Conner'a. Agrr.. To uczucie jest głupie, ale ekscytujące. Miałam wrażenie, że on coś ukrywa. Ta rozmowa przez telefon i w ogóle. Na pewno tak się nie zachowuje zwykły nauczyciel...

Jestem dość ciekawską dziewczyną, więc postanowiłam to sprawdzić. Czasami po lekcjach spotyka się z jakąś kobietą w skórzanym płaszczu. Wiem tylko, że ma dużego, czarnego geep'a i blond włosy, często zartyte kapeluszem, jak w słynnych jezz'owych teledyskach.

Już nawet wiedziałam co zrobię. Nie podobało mi się to, ale musiałam to zrobić. Zresztą kiedyś muszę sprawdzić, czy jestem w tym dobra. A chodzi mi o śledzenie.

Heheszki - uśmiechnęłam się do siebie, zakładając wysokie kozaki. Byłam ubrana w letnią sukienkę w kwieciste wzory i beżowy sweterek. Na ramię zarzuciłam torbę koloru butów. Rzęsy pomalowałam delikatnie tuszem i wyszłam z pokoju. Skierowałam się w stronę głównego wyjścia i jak zwykle przy moim szczęściu musiałam się na niego natknąć.

- Witaj, Lise - powiedział nauczyciel - Gdzie się wybierasz?

Stanęłam jak wrtya przed Conner'em. Zaczęłam cicho pomrukiwać, próbując zachowywać się naturalnie.

- Do kawiarenki na przeciwko - odparłam, wzruszając ramionami - Na kawę.

- Dobrze - uśmiechnął się - To może pójdziemy razem?

Przytaknęłam i przełknęłam ślinę, czując, że się rumienię. Na początku myślałam, że cały plan legł w gruzach, ale to spotkanie nie było takim złym pomysłem. Może się czegoś dowiem. Ale chyba nie powinnam na razie nic wspominać o tym, że podsłuchałam jego rozmowę. Pewnie by się do mnie zraził. Bardzo lubiłam z nim lekcję matematyki. Powoli zaczynałam umieć algebre, co wydaje się niemożliwe w moim przypadku.

- Idziemy? - spytał po chwili patrzenia na mnie. Nie czułam się skrępowana, o dziwo.

- Tak, tak - rzuciłam tylko i odwróciłam się w stronę kawiarenki. Podbiegł do mnie i razem ruszyliśmy przez ulicę.

Stał blisko. Czułam jego ciepły oddech, który lekko łaskotał mnie w gołe ramię. Nie popawiłam zsuniętego swetra, nie chciałam. Czasami nasze ręce ocierały się o siebie, jakby zaraz miały połączyć się w jedno. Jego serce, biło w rytm mojego.

Przed oczami znów pojawił się obraz. Tym razem się obejmowaliśmy, oglądając czarno-biały film. Śmialiśmy się. Jego uśmiechnięte usta nagle zwężyły się. Pokojem zatrzęsło, a my zerwaliśmy się z kanapy. W jego oczach widać było zdenerwowanie, a może nawet strach? Żarówki pogasały. Pokój ogarnęła ciemność.

Powróciłam do prawdziwego świata. Znowu poczułam ciepło Connera, do tego słońce raziło mnie w oczy. Zasłoniłam ręką promienie i popatrzyłam w niebo. Niebieskie, bezchmurne, prawie jak w lecie. Jest już początek wiosny. Zapowiadała się piękna pogoda na drugi semestr.

________________________________________________________

 
- A więc... - zaczął nauczyciel, kiedy usiadliśmy przy stoliku w kawiarence - Jak tam w szkole? Z wszystkich przedmiotów dostajesz tak dobre oceny, jak z matematyki? - spojrzał na mnie wesoło.

- O nie. Kiedyś miałam słabe stopnie - poinformowałam go, a po chwili, dodałam - Kiedy pan mnie nie uczył.

- "Ja nie mogę nauczyć nikogo niczego. Ja tylko mogę sprawić aby inni zaczęli myśleć".

- Hmm... Sokrates? Ja jednak wolę powiedzenie "Wiem, że nic nie wiem" - zaśmiałam się.

- Bardzo trafne w twoim przypadku - również się zaśmiał, a ja zrobiłam obużona minę.

- Mam wrażenie, czy pan się ze mną drażni? - zmróżyłam oczy.

- Nie, skądże!

Koło naszego stolika pojawiła się kelnerka. Była lekko po 50-stce. Miała lekko zsiwiałe włosy i zadarty nos. Na jej biodrach był zawiązany biały fartuszek, a spod niego wystawała długa po kostki szara spódnica. Miała naburmuszoną minę, a zmarszczki w okół oczu i ust bardzo ją postarzały.

Zamówiłam dla siebie słodzone Cappucino z cynamonem, a Conner poprosił o Latte Macchiato.

- Nieprzyjemna kobieta - powiedział nauczyciel, gdy się oddaliła.

- "Nie oceniaj książki po okładce"!

- "Człowiek uczy się na własnych błędach" - wzruczył ramionami.

- Podoba mi się ta zabawa - wyszczerzyłam się. Przez chwilę panowała cisza, wzbogacona tylko muzyką z lat 80 lecącą w głośnikach i rozmowę dwóch faceów siedzących na drugim końcu kafejki. Moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz, kiedy wzrok nauczyciela zetknął się z moim.

Kelnerka przyniosła nam zamówienia, a Conner zapłacił. Kiedy kobieta się odwróciła, bucząc coś pod nosem zauważyłam to... Zerwałam się na równe nogi, prawie krzycząc. Żeliwne klucze na kółku przyszyte były do jej bladej skóry. Musiała nosić je już bardzo długo, ponieważ skóra w tym miejscu była rozciągnięta i pokryta wieloma bliznami. Kiedy zorientowała się, że to spostrzegłam, szybko poprawiła bluzkę i obrzuciła mnie morderczym spojrzeniem. Wystraszona, odwróciłam wzrok, słysząc tylko pospieszne kroki kelnerki i brzęczenie. Brzmiało to jak człowiek skuty w kajdany i uciekający z więzienia.

- Coś się stało? - wyrwał mnie z osłupienia Conner, który nagle pojawił się blisko mnie.

- Nie - miałam wrażenie, że mój głos nie zabrzmiał przekonująco - Chyba...

Popatrzył się na mnie z troską. Bałam się mu spojrzeć w oczy, sama nie wiem dlaczego. Chyba uważałam, że zobaczy w moich strach. A raczej... Zszokowanie.

- Nie musimy tutaj być - przysunął się do mnie, a ja wtuliłam się w ofiarowane ciepło. Przytaknęłam głową i wzięłam do ręki swoje rzeczy. Ruszyłam do drzwi oglądając się co chwilę z obawą, że spotkam tę kobietę jeszcze raz. Conner szedł ciągle blisko mnie. Czułam, kiedy jego klatka piersiowa podnosiła się i opadała z każdym oddechem.

Pożegnaliśmy się zaraz po wyjściu z kafejki, żeby żaden uczeń ani nauczyciel nas nie zobaczył. W ogóle nie powinnam tego robić. Jaka ja jestem głupia! - skarciłam się w duchu. Trudno, to już się stało. Powinnam o tym jak najszybciej zapomnieć.

Weszłam do akademika.

Ale nie mogę! Tak jakby Conner wszedł w mój umysł i nie mógł wyjść... Jak w więzieniu, z którego wcale nie chce się uciekać.

Weszłam do pokoju. Był pusty, więc pewnie Ali jest gdzieś z Noelem. Usiadłam przy biurku i wyciągnęłam książki, szybko pogrążając się w nauce.